20 sierpnia 2010

A po Bachu nie ma już nic...

Już tak dawno nie dzieliłam się z Wami przygodami z sedesem, no więc "wu-ala"! W zeszłym tygodniu odnalazłam w nieprzepastnych mrokach lodówki zepsute ogórki małosolne. Skąd wiem, że były zepsute? No więc, może i nie były, ale ten zwiewny, biały puszek one porastający jakoś tak... odstręczał. I ja rozumiem, że kwas mlekowy i tym podobne, ale - wiem też, co mówię, wychowałam się na wsi, koło wiecznej bańki z małosolnymi ogórkami - ten puszek to nie była zasługa kwasu mlekowego i innych fermentujących rzeczy. Po ogólnych oględzinach, przeprowadzonych wraz z Kochanym Słoneczkiem, doszliśmy do wspólnego wniosku, że jednak trzeba wywalić. I jakoś tak - równocześnie zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji! - postanowiliśmy wywalić do sedesu. Na efekty nie trzeba było długo czekać... Na szczęście "kret" i duuużo wrzątku pomogło. Więc jakbyście mieli kiedyś podobne problemy to polecam.
A z bieżących spraw zebrało mi się na wspominki, w związku z czym odwiedziłam swojego "starego" bloga w celu znalezienia - co tu kryć - odrobiny dobrej muzyki. Jakimś dziwacznym zrządzeniem losu na okrągło leci u nas "Muse" i "30 sekund do Marsa", na przemian z "The Killers", które to zespoły najchętniej postawiłabym przed sądem w Norymberdze i skazała na wieczne słuchanie równie przebojowej kapeli, czyli "Feel". I ja rozumiem, że się tam gdzieś w tle wyciera Jared Leto - skądinąd rewelacyjny aktor - ale na miłość boską!!

Nie wiem, czy zauważyliście, ale post ten napisałam pod wpływem domowego, babcinej roboty wina... lekko gazowanego... :]

10 komentarzy:

Magda pisze...

myślałam , że przygoda z sedesem będzie "wylewnna"...a tu co?..Ogórek ;P

lelevina odpowiada i pisze...

zatamowaliśmy wylewność w zarodku ;)

fire.woman pisze...

jak mam inne wspomnienia związane z sedesem, takie nie do opisania na blogu heheh, ale dziękuję lelevina, bo wróciły dzięki tobie:-)
ps. uwielbiam domowe winka, mniam...

Czarny(w)Pieprz pisze...

Moja droga :) co za sprytnie dobrana tematyka - o poezji, plamach na słońcu czy nihilizmie geograficznym to jednak nie z każdym da się pogadać. Ale sedes, sedes...o tak, sedes otwiera przed nami wielkie, żarłoczne wrota możliwości. Każdy go zna, każdy ma jakieś wspomnienia, i może podzielić się własnym zdaniem - mój na ten przykład - zaszedł był po 3 latach niewinnego użytkowania. I żadne krety nie dają mu rady - postanowiliśmy pozbyć się gada jak najprędzej. Tanio kupujesz - dwa razy kupujesz.A mnie wzięło na The Automatic - i nie poradzę nic, chodzę i śpiewam Monster'a na cały wieprzy głos.

Maura Ładosz pisze...

Ależ to wspanale jest pisać pod wpływem!
Hip-hip! Hurra! :))

Nivejka pisze...

Podeślij mi trochę tego wina babcinego...;)

iw pisze...

A jaki był adres Twojego starego bloga?
Każdy ma na koncie trochę takich historii sedesowych :))
pozdrowionka!

Mała Mi pisze...

Hihi :) takie teksty są najlepsze :P jak się troszkę procentów przyjmie ;P
A ten post, po jego początku, też dla mnie brzmiał zupełnie inaczej niż tylko o ogóreczku... :P

Miłego wieczoru :)

Igła pisze...

No no ogóreczki...

Znajomi jakiś czas temu znaleźli w szafce jakieś resztki chleba o których istnieniu nie wiedzieli, ponoć coś ciekawego na tym urosło. Jak wynosili to do śmietnika to modlili się żeby nie zapamiętało drogi powrotnej. No ale to było męskie mieszkanie, teraz będą z nimi mieszkały dwie baby (w tym ja) i mam nadzieję, że nie będą już nowych cywilizacji tworzyć...

A i z kretem to ostrożnie, bo jak się ma plastikowe rury to można jeziorko w domu stworzyć.

A jeśli idzie o muzykę to u mnie nieodwołalnie i niezaprzeczalnie króluje Coma

Latarnik pisze...

Czyli sezon ogórkowy już zakończony :) A U mnie od piątku Magda Piskorczyk - blues pierwszej klasy :)