20 stycznia 2010

Na dobry początek: ELŻBIETKA

Najpierw podziękowania dla Czarnego Pieprza za natchnienie:) Jakoś tak blisko mi było do Pieprzowych bohaterów, a Opowieści są próbą odganiania nudy i przywoływania weny. Pomaga:)

Elżbietka odcisnęła mopa. Przejechała mokrymi frędzlami po gresowych płytkach w kolorze wymiocin gruźlika. Gdy się podnosiła, kątem oka dostrzegła jak coś przesunęło się w lustrze. Rozejrzała się dookoła, ale biuro było puste jak żołądek anorektyczki. Nikt nie został po godzinach, nikt nie przyszedł zabrać zapomnianych dokumentów. Elżbietka wzruszyła ramionami i wróciła do mycia podłogi.

Od urodzenia nie była strachliwa, nie było też łatwo ją obrzydzić. Miała, można powiedzieć, predyspozycje do wykonywania tego zawodu. A bywało ciężko! Elżbietka przeszła wszystkie szczeble kariery sprzątaczki, zanim wreszcie, na stare lata, trafiły jej się biura.

A zaczynała od czyszczenia dworcowych „wucetów”, co samo w sobie nie było najgorsze – w końcu w zamierzchłych czasach komuny nie trzeba się było za bardzo przykładać, a po drugie też nie było za bardzo czym. Mydło, jak się już pojawiło, Elżbietka wolała zabrać do domu, a kibel publiczny przepłukiwała letnią wodą. Korzystającym i tak było wszystko jedno, zwłaszcza, że na dworcu i tak był Paryż w porównaniu z pociągami. A za zdobyczne mydło, Elżbietka wykształciła córkę. Co prawda na krawcową, ale zawodówka to też nie banał. Takie to były wtedy czasy.

Potem Elżbietka pracowała w akademikach. No, tam to lekko nie było, zwłaszcza jak się pół piętra zatruło kradzionym spirytusem. Ale i z tej pracy Elżbietka potrafiła wyciągnąć jakieś korzyści, bo zeswatała córkę z takim jednym smutnym inżynierem.

A potem przyszła zmiana ustroju i bywało różnie z tym sprzątaniem, ale mimo wszystko, Elżbietka uparcie parła na przód po szczeblach gównianej kariery, aż trafiła na El Dorado – czyli biura prawników i notariuszy.

Cisza, spokój, łatwo zmywalne powierzchnie. Śmieci malutko, bo przez te komputery to przecież nikt już papieru nie używa. A nawet jak jakieś były, to po nie specjalna firma przyjeżdżała, co by się poufne dane klientów po śmietnikach nie walały.

No i teraz Elżbietka pracowała na zupełnie innym sprzęcie! Nawet środek do udrażniania rur dba o skórę dłoni i paznokci, jak to gadają w reklamach. A i pani Renatka, asystentka, obiecała, że w sprawie wnuka szepnie miłe słówka w sprawie wakacyjnego stażu.

„Ech!” – westchnęła radośnie Elżbietka, prostując się z kolan, po odkurzeniu na mokro listwy podłogowej. W rozczłapanych klapkach przeszła do korytarza z gresowymi płytkami, gdzie podłoga powinna już wyschnąć, więc Elżbietka będzie mogła opróżnić wiaderko. To jeszcze przejechałaby listwę w gabinecie głównego notariusza i można pójść do domu.

Elżbietka stanęła jak wryta. Wiadro z mopem było wywrócone, chociaż nie słyszała jego łoskotu. Poza tym, kto by je wywrócił?! Ślad pomyj na płytkach znaczyły bańki piany z detergentu. Gdy Elżbietka tak stała i przyglądała się dziwnemu zjawisku, kątem oka dostrzegła szarawy, przygarbiony kształt, przesuwający się z boku. Obiegło ją zimno jakiegoś złego przeczucia.

Nigdy dotąd o tym nie myślała, bo w duchy przecież nie wierzyła, ale nagle przypomniał jej się ten notariusz, co tu miał wcześniej biuro. Ten, co się powiesił w Boże Narodzenie. Podobno ktoś mu pomógł z tym wieszaniem się, ale takie historie Elżbietę mało obchodziły.

Postanowiła, że nie będzie zwracać uwagi na dziwne doświadczenia, to podobno skutkuje na duchy, a gdyby się okazało, że to ktoś żywy, to się przynajmniej nie wygłupi. Elżbietka postanowiła przyjąć sprawę na zimno i zrobić tak jak zamierzała, czyli wyczyścić listwę w dużym gabinecie, potem zetrzeć rozlaną wodę i wrócić do domu. Ominęła więc przewrócone wiaderko i śmiało wkroczyła do gabinetu. A tam aż załamała ręce i przeżegnała się krzyżem świętym.

Cały gabinet wyglądał jakby grasowało w nim CBA, CBŚ, BOR i policjanci szukający pirackich mp3. Niektóre dokumenty, wywalone z pancernych szafek jeszcze unosiły się w powietrzu, opadając nostalgicznie na podłogę.

Elżbietka poczuła, że włosy, farbowane na „wrześniowy klon” unoszą się jej do góry. Wtedy już wyraźnie ujrzała bury, kosmaty kształt, biegnący na nią jakby z oddali, chociaż gabinet miał jakieś pięć metrów kwadratowych. Elżbietka krzyknęła przeraźliwie i rzuciła się na korytarz. Tam wdepnęła w kałużę rozlanych pomyj, pojechała na klapkach, które okazały się śliskie jak łyżwy w zetknięciu z detergentem i gresem; zamachała ramionami jak wróbel, który uczy się latać, aż w końcu uderzyła głową w oszkloną gablotę z drewnianymi figurkami słoni, które właściciel biura kolekcjonował z uporem maniaka.

Pod wpływem gwałtownego spotkania z „wrześniowym klonem”, szyba w gablocie rozpadła się, przygważdżając Elżbietkę i przecinając jej szyję tak samo jak dawno temu gilotyna skróciła żywot i ciało pewnej francuskiej królowej. Umierającej Elżbietce zdało się, że słyszy słowa, wypowiadane schrypniętym, przepalonym i przepitym głosem:

- Pozdrowienia od Mariuszka.

A potem jej dusza powędrowała świetlistym tunelem w stronę ukwieconych łąk, na których nikt nigdy nie słyszał o sedesach, ani mopach.

5 komentarzy:

magenta pisze...

Bez ściemy mi tu :))) Rzuciłam się jak sępiszcze na padlinę, ale Elżbietka już była. Tam! :)) Nie powiem, jest fajna jak była, ale dalej, dalej ! :)

magenta pisze...

Tak myślałam, sądząc po tytule, chociaż dla mnie to już nie taki dziewiczy ten początek, bo tu zaglądam :)

Cała JA: pisze...

Ja może się nie rzuciłam na Elżbietkę ale nie żałuję. Szkoda tylko że już babkę polubiłam a tu proszę... umarło się kobiecinie.

Czarny(w)Pieprz pisze...

Ojej:)) Dziękuję!
Myślę, że z Elżbietką niekoniecznie musimy się żegnać:) Prawda? Przeciez obie lubimy makabrę....

riverman1971 pisze...

oj lelevinko...jak zwykle świetnie napisane...zalogowałem się i ja tu...czarno to widzę z urządzeniem się tu :(