8 marca 2010

O wyświechtanych motywach

Tytuł poniższego posta ukradłam stąd.

Kadarka poruszyła problem, który chodzi mi po głowie od jakiegoś tygodnia za sprawą pewnej polskiej pisarki. Nie będzie to jednak rzecz o cudnej Tokarczuk i jej leniwych pierogach. Będzie to rzecz o Mai Lidii, którą do tej pory miałam postawioną na tym samym schodku, co Ursula. No, może trochę jednak niżej... Ale i tak wysoko! "Siewca wiatru" (a zwłaszcza potem opowiadania, luźno nawiązujące do Siewcy) był dla mnie czymś w rodzaju objawienia, za pomocą którego odkryłam polską fantastykę i stwierdziłam, że nie wszystko jednak jest w niej koszmarne. No i - chociaż w sumie nie zwracam uwagi na takie błahostki - poczułam coś w rodzaju dumy, że oto kobieta, a potrafi krwiście i bez memłania opisywać mrok i ciemność. I, że przede wszystkim nie boi się słowa "kurwa". Nie chodzi o to, żeby być od razu wulgarnym. Nie chodzi też o to, że bez "kurwy" opisywany mrok i ciemność są mniej mroczne i ciemne. Ale mimo wszystko, jak się w usta bohaterów włoży tę "kurwę", to od razu robią się jacyś tacy bliżsi, ludzcy, prawdziwsi... Oczywiście, jest to tylko moje zdanie i moje osobiste odczucie. We "Władcy Pierścieni" "kurwa" nie pada ani raz, a przecież bohaterowie to majstersztyk psychologii.
Ale w zasadzie nie o tym chciałam pisać.
Chciałam napisać o tym, że przeczytałam trzy inne książki Mai Lidii. (W zasadzie dwie, bo jedna to dwutomowy twór), dzięki czemu Na Tapecie panuje teraz owa "bezbrzeżna pustka". I wcale nie chodzi o to, że były to pozycje tak genialne, że już nigdy w życiu nie sięgnę po jakąkolwiek inną książkę. No, wręcz "kurwa!" przeciwnie!
No bo, żeby każdy rozdział kończyć efektownym omdleniem bohatera? W końcu zaczęłam podejrzewać, że Maja Lidia coś tu przed nami ukrywa, że jeszcze przyjdzie taki moment, że wyskoczy nagle jakiś smaczek w postaci nieuleczalnej choroby bohatera i będą smutek, depresja i żal. No bo w końcu co on ma - ten bohater - zaawansowaną anemię, że tak mdleje i mdleje? Nawet rozhisteryzowane, opakowane ciasnym gorsetem Scarletty O'Hary mdlały rzadziej. Najlepsze jednak są, powalające na kolana zdania, opisujące głęboko depresyjny nastrój wewnętrzny bohatera, cytuję: "Berg poczuł w swoim sercu wielki smutek." Koniec opisu. Nie jestem fanką rozwlekania rodem z "Nad Niemna", więc tego typu potraktowanie sprawy bardzo mi się spodobało. Jeżeli rozumować z sarkazmem... Ale najgorsze jest to, że obie historie są oparte na genialnych pomysłach, wykreowane światy mają niesamowity potencjał, sam rdzeń jest niezwykle spójny i przemyślany. I aż żal bierze, że wszystko to zostało z jakiegoś powodu - dla mnie zupełnie niezrozumiałego - zaprzepaszczone. A może - i tu delikatnie mrużę oczy - Maja Lidia powinna mieć zdecydowany szlaban na czytanie książek męża?

9 komentarzy:

magenta pisze...

Nie czytałam pani Mai. nie wiem, czy wypada się przyznawać? :D
W każdym razie nie czytałam, więc zupełnie nieobarczona mogę śmiało powiedzieć, że bez "kurwy" można się obejść, ale bez "normalnych" dialogów się nie da. Trochę jak w filmie. Teraz bohater książki nie może deklamować, musi mówić, inaczej jest nieprawdziwy. Dialog zatem bardzo ważny. Jeszcze ważniejsza wydaje mi się psychologia. Jeśli nie mamy mieć do czynienia z papierowym ludzikiem musimy rozumieć motywy jego postępowania albo nie zgadzać się z nim kompletnie. Musi nas wkurzać, bawić, smucić, musimy mu współczuć... jak człowiekowi.
Chyba najgorszym grzechem autora jest utożsamienie się w własnym bohaterem. Wtedy przestaje mieć do niego dystans i zachwyt nad własnym (czyli jego) ego bierze górę. Może dlatego jest tyle kiepskich powieści, bo niektórzy autorzy odlatują na skrzydłach weny i sami są herosami fantasy.
Uwielbiam mroczny mrok i jestem głęboko przekonana, że on drzemie w równym stopniu w kobietach co w mężczyznach. Trzeba tylko umieć opowiedzieć ;)

riverman1971 pisze...

a ja czytałem tylko "Siewce wiatru"...książka mi się spodobała do tego stopnia,że tam gdzie mogę używam nicków prosto z tej książki...
więc jak gdzieś takowy zobaczysz...to mogę być ja...wszystkiego naj...

tamirian pisze...

A mi zaimponowałaś:):):):)to kurwa było znamienne...szczerze, fajnie, a przede wszystkim-zgodnie z prawdą:))

Nivejka pisze...

Pewien Czech, Viewegh, twierdzi, ze powinno się pisać tak jak się mówi na co dzień. I ja się z nim zgadzam :)

Anaste pisze...

Ja niestety powiem tylko , że przez Gabrysiów i Michasiów odechciało mi się ... ,,Kurwa " mnie mniej zniesmacza . Jakoś tak aniołek Gabryś kojarzył mi się z kupidynkiem z kędziorkami :):):):):) Nie jestem ani na tak , ani na nie , poczekam może wydorośleje :):):):)

Kadarka pisze...

No nie, że też mogę być dla kogoś inspiracją (paw:)). I jeszcze leniwe, które uwielbiam i mam patent!
Pani Mai także podziękuję, nie lubię gdy ktoś widowiskowo mdleje (po raz enty), chyba, że z bólu rozdzieranych ran... Co do wulgaryzmów, często, ale w małych dawkach, podnoszą znacząco dawkę dzieła. Adrenalinka i zaskoczenie :). Wszystko zależny od wyważenia, osnowy i wątku utworu, słownictwa i szafowania zdaniami. W sumie ciężki chleb pisarki...

Czarny(w)Pieprz pisze...

Przeczytałam jedynie Zakon Krańca Świata - choć muszę przyznać, że zarówno okładka jak i ilustracje mocno mi tą książkę zbrzydziły już na wstępie - strrrrraszne!Jakiś nadmuchany Elvis na wypasionym motorze - brrr!A w środku ilustracje o zupełnie innym charakterze - jakieś takie nieudolne, na nich główny bohater wygląda jak wymoczek. Książki przeczytałam i kończąc zaczęłam się zastanawiać o czym właściwie były. Jakoś tak treść przeleciała mi przez "oczy" i umknęła z pamięci. Wydaje mi się, że i tam bohater tracił świadomość mdlejąc uroczo.Chyba nawet był to Berg??Pozdrawiam.

lelevina odpowiada i pisze...

Magento: tak, wszystko się sprowadza do umiejętności opowiadania, czyli chyba talentu:) ale też do jakichś podstawowych umiejętności językowych i samokrytycyzmu. wydaje mi się, że w całym tym procesie uczestniczy jeszcze jeden czynnik, ale o nim chcę napisać osobną notkę:)

Riverman: hm... ciekawe:) jeszcze raz dzięki za życzenia. właśnie znowu słucham "Stylo" :))

Tamirian: bo mnie tak zwyczajnie szlag trafił:)

Nivejka: Czech miał rację! Ja się przede wszystkim nie lubię potykać o słowa, jak coś czytam. Lubię płynność;)

Anaste: no, a mi się to dobrze czytało dlatego, że zapominałam, że oni wszyscy mają skrzydełka. Jak trafiałam na partie tekstu typu: "Archanioł rozwinął swe skrzydła", to miałam taki ułamek sekundy zawiechy, że o co chodzi?? :)

Kadarko: ciężki, ale co poradzić, jak się do żadnych innych rzeczy nie ma głowy? ;))

Czarny(w)Pieprzu: ta urocza notka była właśnie min. o "Zakonie Krańca świata". Książka zaczęła się obiecująco, a po 50 stronach jakby zeszło z niej powietrze. Elvis na motorze... świetne:))

Mała Mi pisze...

Ja popieram Nivejkę i magentę. Nie lubię przeklinania...
A pisanie tak, jak się mówi codziennie to podobano sztuka. Tak mówi moja koleżanka : )